Jak pomyślę o tegorocznej Wielkanocy, to mam wrażenie jakby miała ona miejsce kilka miesięcy temu. Może dlatego, że ostatnio czas leci jak szalony, lista z ilością rzeczy do zrobienia rośnie z każdą godziną, a doba w dalszym ciągu ma 24h? Dopiero dzisiaj mam chwilę na opisanie naszej Wielkanocy, podczas której postanowiliśmy oderwać się od rzeczywistości i pojeździć sobie trochę na dwóch kółkach. Pomysł był dosyć spontaniczny. Nie mieliśmy ochoty na tradycyjne święta zasiadane przy stole i zakończone bólem brzucha od ilości jedzenia.
Chcieliśmy zapomnieć o pracy i o świątecznych porządkach. Jako cel naszej podróży obraliśmy Pelee Island, czyli najbardziej na południe wysuniętą wyspę Kanady.
W drogę wyruszyliśmy skoro świt w sobotę. Niestety żadne z nas nie należy do porannych ptaszków, więc nasze wyjście z domu było dosyć milczące. Dopiero pierwszy łyk kawy lekko nas obudził i uświadomił, że mamy przed sobą 3 dni rowerowania na świeżym powietrzu. Uwierzcie mi, że było to dla nas jak wyjście z jaskini po długiej i mroźnej zimie, która dała nam w kość i na samą myśl o niej czujemy ciarki na plecach.
Na początku musieliśmy dotrzeć do Amherstburg, skąd rozpoczęliśmy naszą rowerową trasę. Amherstburg to niewielka miejscowość oddalona około 370 kilometrów od Toronto i leżąca rzut beretem od Detroit w Stanach Zjednoczonych. Do Amherstburg dotarliśmy około godziny 11:00. Znaleźliśmy bezpieczny parking, wyjęliśmy rowery i po niecałej godzinie byliśmy gotowi do drogi. Moje torby na trzy dni.
DZIEŃ PIERWSZY – Wiatr w oczy
Dzień pierwszy był dla mnie małą zmorą. Złożyło się na to kilka rzeczy. Po pierwsze, w moim przypadku było to otwarcie sezonu rowerowego i moje cztery litery zupełnie zapomniały co to znaczy siodełko. Dodatkowo nasza trasa biegła wzdłuż dosyć ruchliwej ulicy, gdzie samochody przejeżdżały z prędkością minimum 70 – 80 kilometrów na godzinę. Większość z nich omijała nas szerokim łukiem, ale zdażali się i tacy, którzy postanowili zafundować nam większą dawkę adrenaliny. Żeby tego wszystkiego było mało zachciało mi się wpinanych pedałów z którymi nigdy wcześniej nie miałam do czynienia. Osoby, które wiedzą o czym mówię, wiedzą też jak to najczęściej się kończy…Podczas pierwszego dnia (i nie tylko) skoncentrowana byłam na nowym zakupie. Nie dlatego, że był tak udany, ale dlatego, że każda chwila zapomnienia przy zatrzymywaniu mogła zakończyć się wywrotką. Oczywiście nadszedł moment, kiedy buty i pedały zostały ochrzczone. Po chrzcinach zostało też kilka siniaków i zbite kolano. Jak do tego doszło? Kosa podziwiając krajobraz zauważył, że na polach obok których przejeżdżaliśmy wydobywają ropę. Mówił coś do mnie, ale ruch na ulicy i moja koncentracja sprawiły, że słuch został chwilowo wyłączony. Pedałowałam sobie dalej dziarsko, kiedy nagle widzę, że on zatrzymuje się przed skrzyżowaniem na którym mieliśmy pierwszeństwo. Nie wiedziałam co się dzieje, więc też postanowiłam się zatrzymać, tylko że z głowy zupełnie mi wyleciało, że jestem wpięta i po sekundzie leżałam jak długa. Musiało to wyglądać komicznie. Mi nie było do śmiechu. Miałam ochotę wyrzucić buty i dalej pedałować w japonkach.
Żeby tego było mało musieliśmy walczyć z wiatrem, który znacznie nas spowalniał. Około godziny 18:00 dojechaliśmy do Kingsville, czyli miejscowości gdzie mieliśmy swój pierwszy nocleg. Jak to się stało, że w ponad 6 godzin zrobiliśmy tylko 36 kilometrów? Nie wiem, ale wiem, że i tak był to dla mnie mały sukces, bo zaliczyłam tylko jedną wywrotkę…
Pierwszy dzień, 36 kilemtrów na liczniku, dwa siniaki, zbite kolano i postanowienie, że drugiego dnia to ja będę górą, a nie wpinane buty!
DZIEŃ DRUGI – bezludna wyspa i my
Niedziela Wielkanocna zaczęła się dla nas dosyć wcześnie. O godzinie 10:00 z Leamington odpływał prom na Pelee Island. Do przejechania mieliśmy około 10 kilometrów. Po drodze chcieliśmy również zjeść śniadanie Wielkanocne. Znalezienie miejsca okazało się nie lada wyzwaniem. Spodziewaliśmy się, że większość kawiarni, restauracji będzie zamknięta, więc swoje poszukiwania zawęźiliśmy do miejsc, gdzie możemy zjeść jajka. Kiedy na horyzoncie zobaczyliśmy Tim Hortons wiedzieliśmy, że nic lepszego nie znajdziemy. Tim Hortons to sieć kanadyjskich kawiarni, która urosła do rangi dumy narodowej. Kawiarnie Tim Hortons są tanie, na każdym rogu i przyciągają do siebie miliony Kanadyjczyków. Dodatkowo zostały założone przez Tima Horton, byłego hokeistę, czyli sukces gwarantowany!
Wracając do śniadania. Zamówiliśmy dwie kawy i obwarzanki z jajkiem. Naszym deserem był apple fritter, który trochę przypomina polskiego pączka. Po zjedzeniu, zrobieniu sobie świątecznych zdjęć ruszyliśmy w drogę, żeby złapać prom. Kolejny odpływał 4 godziny później. Na szczęście, na prom zdążyliśmy bez problemów. Czekało nas 1,5 godziny na pokładzie, które ja postanowiłam wykorzystać na drzemkę, a Kosa na robienie zdjęć
Prawie jak łódź podwodna
Na Pelee Island dopłynęliśmy w południe. Wszyscy pasażerowie szybko rozjechali się po wyspie i tylko my z Kosą debatowaliśmy co robimy dalej. Czy idziemy coś zjeść do Royal Canadian Legion, czyli do świetlicy dla weteranów wojennych, w której miejscowi zrobili sobie restaurację czy może jedziemy dalej i trzymamy kciuki, żeby cokolwiek było otwarte. Podjęliśmy słuszną decyzję i kupiliśmy jedzenie na wynos, które po godzinie zjedliśmy na plaży. Gdyby nie to głodowalibyśmy do godziny 19:00.
Pelee Island, jak wspominałam wcześniej, to najbardziej na południe wysunięty punkt Kanady. Dodatkowo jest ona największą wyspą na jeziorze Erie. Na powierzchni 42 km2 mieszka 171 stałych mieszkańców. Zabudowa wyspy składa się z 79 domów. W czasie lata ilość mieszkańców potrafi wzrosnąć do 1 500. My byliśmy zdecydowanie przed sezonem. Ilość osób, którą widzieliśmy tego dnia policzylibyśmy na jednej ręce.
Żeby nie było na wyspie jest policja, która dysponuje jednym samochodem
Jakby komuś się zmarło, to odpowiedni transport też się znajdzie
Dzień na wyspie minął nam na turystycznym jeżdżeniu na rowerze, robieniu zdjęć, spaniu na plaży i korzystaniu z pierwszych promieni słońca tej wiosny. Było cudnie!
I oczywiście najbardziej na południe wysunięty punkt Kanady
Nocleg spędziliśmy w miejscu, które próbowało przypominać hotel. Nam to jednak nie przeszkadzało, ilość świeżego powietrza sprawiła, że padliśmy jak muchy o godzinie 22:00. Drugi dzień zakończyliśmy z 38 kilometrami na liczniku, kilkunastoma nowymi piegami na nosie i brakiem wywrotki. Sukces!
DZIEŃ TRZECI – wszystko co dobre szybko się kończy
6:00 rano nie należy do moich najbardziej ulubionych pór dnia, ale wschód słońca na Pelee Island był tego wart. Nasz prom odpływał o godzinie 8:00, więc pobudka skoro świt była nieunikniona. Rzadko wstaję z kurami, więc na mnie ten widok robił jeszcze większe wrażenie
Zauważyłam, że z wiekiem jestem w stanie zasnąć prawie w każdym miejscu. Wszelkie środki transportu działają na mnie jak kołyska. Naszą drogą powrotną na promie oczywiście przespałam.
Po zjedzeniu ogromnego śniadania, postanowiliśmy sprawdzić ciśnienie w oponach, bo to właśnie dzisiaj czekała nas najdłuższa droga. Okazało się, że moja dętka w tylnym kole ma mini dziurkę, która nie pozwoli mi na dalszą jazdę. Na szczęście Kosa ma zawsze wszystko ze sobą. W kilka sekund zwykła ławka zamieniła się w „warsztat” rowerowy.
Po wymianie dętki, jak widać ja w tym czasie zajęta byłam robieniem zdjęć, ruszyliśmy w drogę. Czekało na nas ponad 60 kilometrów. Nasza poniedziałkowa trasa, w większości, przebiegała przez ścieżkę sponsorowaną przez Chrysler, czyli Chrysler Green Way. Niestety nie była ona jeszcze zielona, ale lepsze to niż my na drodze pełnej samochodów. Pogoda była iście letnia, w co trudno uwierzyć, bo krajobraz był tylko lekko wiosenny
Dzień trzeci minął nam bez większych zawirowań, jechaliśmy, rozkoszowaliśmy się słońcem i byliśmy zadowoleni, że podjęliśmy decyzję o wyjeździe. Dzięki temu naładowaliśmy baterie, oczyściliśmy sobie głowy i już myślimy o kolejnych rowerowych trasach w tym roku. Miejmy nadzieję, że staną się one realne.
63 kilometry na liczniku, endorfiny we krwi i wpinane buty prawie opanowane, tak w skrócie opisałabym ostatni dzień naszej wyprawy!
Endżi | 8 maja 2014
|
znam ten syndrom wpinanych butów,do dziś się do nich nie przekonałam 🙂
pozdrowienia z deszczowego Podkarpacia
Monika | 9 maja 2014
|
Ja się nie poddam!;) Pozdrowienia z chłodnego Toronto
Endżi | 12 maja 2014
|
ja korzystałam z nich gdy miałam rower pożyczony od kolegi,który je uwielbiam.Po kilku wywrotkach zrezygnowałam 😉
Teraz,przy swoim rowerze nawet nie wpadłam na ten pomysł 😀 żeby się zaopatrzyć ale Tobie życzę powodzenia 🙂 na pewno osiągniesz mistrzostwo
Monika | 12 maja 2014
|
Na pewno zaliczę jeszcze nie jedną wywrotkę zanim dojdę do poziomu „mistrz”, ale mam nadzieję, że będzie warto:) Pozdrowienia!
Brat i Bratowa | 8 maja 2014
|
Ahoj Kanado!!!
Monia i Norbercie oczywiście też niezłe mieliście święta :-), zdjęcia pozwoliły mi prawie poczuć Waszą przygodę na rowerach, choć na pewno tyłek mnie nie bolał od siodełka ;-). Widoki pierwsza klasa. Relacje czytałem przy muzyce a’la Civil War, którą mi ostatnio przysłałaś i muszę przyznać, że świetnie do niej pasowała 🙂
Pozdrowienia.
P.S. Jutro jadę na trzydniowe zgrupowanie z ostrym strzelaniem w tle – jupikajej – jak to miał w zwyczaju mawiać John McClane ze „Szklanej pułapki”, choć po tym okrzyku zawsze padało przekleństwo obrażające czyjąś matkę ;-), którego tu z wiadomych powodów nie przytoczę 🙂
Monika | 9 maja 2014
|
Baw się dobrze! Cieszę się, że muzyka daje radę:)
Aga G-a | 9 maja 2014
|
uwielbiam czytać Twoje relacje …. 🙂 swietna przygoda …zupełnie inne Święta ….buziaki dla Was!
Monika | 9 maja 2014
|
Dzięki Aguś, na pewno będzie ich więcej! Ściskam
Barb | 9 listopada 2014
|
Piszesz tak ciekawie i lekko, ze az chce sie to czytac
Mimo ze co mi tak z Brukseli do Kanady;)
Zostane u ciebie na dluzej
Monika | Author | 11 listopada 2014
|
Wielkie dzięki Barb i zapraszam częściej:)