KANADYJSKIE LIFESTORY
 

W czasie deszczu jada się homary – Halifax

Do Halifax, w Nowej Szkocji, dotarliśmy z samego rana. Od momentu wjazdu do Nowego Brunszwiku pokonaliśmy ponad 1 000 kilometrów, przy których towarzyszył nam siąpiący deszcz, albo oberwanie chmury. Niebo krzyczało do nas: witajcie w atlantyckiej części Kanady! Należę do jednych z tych osób, które uważają, że jak jest lato, to powinno świecić słońce. Dlatego też kolejny dzień deszczu nie działał na mnie energetyzująco. Miałam świadomość tego, że w Halifax nie będzie lepiej. No, bo czego można spodziewać się po mieście w którym pada średnio przez 171 dni w roku? Matematyka dawała nam 50% szans na słońce, a my trafiliśmy, oczywiście, w to deszczowe okienko.

Nasz pobyt w stolicy Nowej Szkocji był bardziej towarzyski, niż turystyczny. To tutaj, od ponad roku mieszka nasza przyjaciółka Lindsay. Wiedzieliśmy, że w Halifax poczujemy się bardziej jak w domu, niż w podróży. Lindsay użyczyła nam swoich czterech kątów, które dzieliliśmy z jej najbardziej nietypowym kotem na świecie Birney!

To była moja pierwsza wizyta w tym mieście. Norbert bywał w tych okolicach częściej, więc przed wjazdem, dostałam od niego małe ostrzeżenie, żebym nie spodziewała się nie wiadomo czego. Nie jestem wymagająca. Jak mam dostęp do dobrego jedzenia, picia i grupy znajomych, to jestem zadowolona. Czułam, że Halifax i ja damy razem radę! Homar w cenie niższej niż kurczak? Proszę bardzo! Nie mówiąc już o tym, że można wstąpić do jednego z ponad 200 pubów i restauracji z muzyką na żywo i dobrym piwem. W stolicy Nowej Szkocji znajduje się najwięcej pubów w Kanadzie, w przeliczeniu na ilość mieszkańców. Nic więcej nie było mi potrzebne do spędzenia prawie 4 dni w deszczowym Halifax!

Halifax Nowa Szkocja

Halifax Nowa Szkocja

Halifax Nowa Szkocja

Plażowa pogoda w Halifax. Zero ludzi, ale ratownik na posterunku. W końcu jest sezon!

Halifax Nowa Szkocja

 

Eksplozja, profil w oknie i Titanic

Halifax jest miastem z dosyć tajemniczą i ociekającą łzami historią. W 1917 roku, w porcie, doszło do zderzenia dwóch statków. Jeden z nich, francuski okręt transportowy SS Mont Blanc, załadowany amunicją i materiałami wybuchowymi, zderzył się z pustym statkiem Imo pod banderą norweską. Po 20 minutach od zderzenia doszło do ogromnej eksplozji, której siła była do tej pory niespotykana. Aż do momentu zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę, Halifax mógł szczycić się niechlubną opinią największego wybuchu w historii świata. W wyniku którego zginęło ponad 2 000 osób, a około 9 000 zostało rannych. Eksplozja ta wywołała falę tsunami, która zniszczyła większość północnej części miasta. Ponad 1 600 domów zostało zmiecionych z powierzchni ziemi, a budynki położone w obrębie 100 kilometrów od miejsca zdarzenia straciły szyby w oknach.

Pomimo tego, że od tej nieszczęśliwej tragedii minęło prawie 100 lat jest ona w dalszym ciągu żywa wśród mieszkańców. W kościele St Paul znajdującym się w centrum miasta, można zobaczyć „odbity” profil w oknie. Miejska legenda mówi, że widoczna postać, to sylwetka diakona, który w czasie wybuchu stał w na drugim piętrze kościoła. Połączenie ognia i światła, które powstało w trakcie wybuchu odbiło jego zarys. Brzmi jak historia szyta grubymi nićmi, ale myślę, że każdy kto jest w Halifax powinien zatrzymać się na chwilę i przyjrzeć się tajemniczemu profilowi.

Halifax odegrał również sporą rolę w trakcie katastrofy Titanica, w 1912 roku. Niezatapialny statek poszedł na dno zaledwie 700 mil morskich od stolicy Nowej Szkocji i to tutaj trafiło ponad 150 ciał, które zostały pochowane na trzech cmentarzach w tym mieście. A w Maratime Museum of the Atlantic znajdują się eksponaty pochodzące z Titanica.

Halifax Nowa Szkocja

Halifax Nowa Szkocja

Halifax Nowa Szkocja

Kiedy poznałam Lindsay 5 lat, miałam wrażenie, że zobaczyłam Anię z Zielonego Wzgórza!

Halifax Nowa Szkocja

 

Homar, wino i rowery

Nie będę ukrywała, że nasza wizyta w Halifax w większości kręciła się wokół jedzenia, picia i rozmów. We wszystkim skutecznie pomagała pogoda, ponieważ codziennie coś tam padało z nieba. Każdą suchszą chwilę wykorzystywaliśmy na szybką przejażdżkę rowerową. Dzięki temu byliśmy w stanie zobaczyć miasto w ekspresowym tempie, a co za tym idzie mieć więcej momentów na nic nie robienie. Dla miłośnika owoców morza, Kanada Atlantycka jest rajem na ziemi! To właśnie tutaj, dostałam od Lindsay, małe szkolenie jak zabrać się za homara. Ona wychowana w Cape Breton, wiedziała o czym mówi, bo homary były w jej rodzinnym domu podawane częściej niż inne mięso. Nie powiem, łamanie odłowoku tego skorupiaka czy wysysanie mięsa z małych nóżek, nie brzmi może najbardziej apetycznie, ale zdecydowanie jest tego warte! Palce lizać!

Halifax Nowa Szkocja

Halifax Nowa Szkocja

Halifax Nowa Szkocja

 

Pierwszy przystanek w Halifax

Gdybym miała polecić jedną, jedyną rzecz, którą warto zrobić w Halifax, to oprócz zjedzenia ogromnej ilości homarów, dodałabym odwiedzenie muzeum Pier 21. Jest to niesamowite muzeum emigracji, które znajduje się na terenie starego portu do którego wpływały statki, głównie z europejskimi emigrantami. Pier 21 było pierwszym przystankiem dla ponad miliona ludzi, którzy przybyli do Kraju Klonowego Liścia pomiędzy 1928, a 1971. To tutaj przechodzili kwarantannę i to stąd byli wysyłani w różne części Kanady. W wielu przypadkach nie był to ich wybór, a wybór urzędników, którzy oceniali gdzie najłatwiej będzie im znaleźć zatrudnienie. Muszę przyznać, że osoby które stworzyły to muzeum wiedziały jak dotknąć czułe punkty emigranta. Miejsce to idealnie łączy przeszłość z przyszłością. Jeżeli ktoś z Waszych krewnych szukał lepszego życia w Kanadzie, albo Stanach Zjednoczonych, tak jak na przykład dziadek Norberta, to tutaj może odnaleźć nazwisko danej osoby i sprawdzić historię jej emigracji. Oczywiście, jeżeli pierwszym przystankiem było Pier 21.

Halifax Nowa Szkocja

Halifax Nowa Szkocja

Halifax Nowa Szkocja

W trakcie naszego festiwalu picia i jedzenia w Halifax, wpadliśmy również zobaczyć Peggy’s Cove. Przepiękną wioskę rybacką oddaloną o około 50 kilometrów od stolicy Nowej Szkocji. Było to miejsce, które znalazło się na mojej podróżniczej liście odkąd przyjechałam do Kanady. I muszę przyznać, że pomimo tego, że Peggy’s Cove jest dosyć oblegane przez turystów, to w zupełności nie zostałam zawiedziona!

Peggy’s Cove zasługuje na odrębny post, ze względu na swoją historię i malowniczość. Poza tym komuś muszę pokazać setki zdjęć, które tam zrobiłam 😉

Written by

Pieć lat temu postanowiłam zamknąć swoje, dosyć, poukładane życie w Polsce i przez rok pomieszkać w kraju który ludziom kojarzy się z zimnem, liściem klonowym i pięknymi krajobrazami. Moją przygodę z Kanadą rozpoczęłam w Edmonton, skąd po trzech tygodniach, przeniosłam się do Toronto, gdzie dalej mieszkam. Ciągle szukam nowych wrażeń i bodźców. Jestem uzależniona od podróżowania, fotografowania, a moja lista rzeczy do zrobienia rośnie z każdym dniem. Zapraszam do polubienia 6757km na facebooku i śledzenia co dzieje się w Kraju Klonowego Liścia. A dzieje się sporo! Monika

Latest comments
  • hej Monika, spotkałaś w Halifax chłopaków z Trailer Park Boys? 🙂

    Post oczywiście świetny, jakie prowincje Kanady zostały Tobie jeszcze na liście do odwiedzenia? 🙂

      • tak, oglądam. Zabawne bo to właśnie dzięki temu zainteresowałam się bardziej Kanadą i trafiłam pół roku temu na Twojego bloga 🙂

        Powodzenia w odkrywaniu nowych zakątków Kanady, z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy. Pozdrowienia! 😉

  • To miałam szczęście bo jak odwiedzałam Halifax 3 dni we wrześniu to słońce było, ale jeden dział był mieszany – najpierw pochmurno a potem intensywny deszcz.
    Ale mnie zastanowiła inna rzecz bo wiele osób, nawet samych mieszkańców mówiło że Halifax to mała miejscowość. A ona nie jest taka mała – w moim odczuciu:-) Tym bardziej, że rozbudowują się w górę co tym bardziej „powiększa miasto”:-)
    Co do kuchni to trafiłam na miejsce, które promowało kuchnie Acadians:-)

LEAVE A COMMENT

%d bloggers like this: