KANADYJSKIE LIFESTORY

Nasza wyprawa do Meksyku była ekspresowa i nie do końca zaplanowana. W marcu dostaliśmy zaproszenie na meksykański ślub. Nie wyobrażałam sobie nie skorzystać z okazji bycia gościem na prawdziwym meksykańskim weselu. Dodatkowo postanowiliśmy upiec dwie, a nawet trzy pieczenie na jednym ogniu, czyli zrobić sobie przyspieszone wakacje i zdjęcia Młodej Parze.

Zaraz po podjęciu decyzji o wyjeździe kupiliśmy bilety i zarezerwowaliśmy cztery noce w małym hotelu blisko miejsca ślubu. Na tym zakończyliśmy planowanie naszego „urlopu”. Dopiero tydzień przed wyjazdem zaczeliśmy wnikać w szczegóły. Okazało się, że w czerwcu, w Meksyku, jest pora deszczowa i przez minimum 19 dni pada. Cudownie!

Słysząc słowo pora deszczowa zaczęłam snuć katastroficzne myśli, że pewnie przez cały pobyt nie zobaczymy ani skrawka słońca. Nie zastanawiając się długo skontaktowałam się z Panną Młodą, która jak się okazało leżała sobie na plaży i popijała drinka, a deszczu nie widziała od kilku dni. Hm, czyli jest szansa, że trafimy w bezdeszczowe okienko? Po usłyszeniu tej jakże dobrej wiadomości z większym optymizmem zapakowałam olejek do opalania i strój kąpielowy. Pierwszy raz od trzech lat miałam spędzić wakacje w ciepłym kraju. Powoli już za tym tęskniłam. Brakowało mi plaży, słońca, soli we włosach i nic nie robienia tylko słuchania szumu morza.

Nasz cel podróży został wybrany z góry. Wiedzieliśmy, że ślub jest w Puerto Aventura, które oddalone jest około 90km od Cancun. Po dotarciu do Cancun, wysiadce z samolotu, przejściu przez odprawę celną zostaliśmy zaatakowani przez ludzi, którzy namawiali nas na taksówki, wycieczki i inne atrakcje o których „myśli” turysta zaraz po wylądowaniu. Oczywiście wszystko było po „okazyjnej” cenie i warte zobaczenia. Po krótkiej rozmowie z Panem z agencji turystycznej, który bardzo się dziwił, że nie jesteśmy na miesiącu miodowym i że nasze 5 dni w Meksyku nie spędzimy z pakietem all inclusive, wyszliśmy z lotniska. Zaraz po przekroczeniu drzwi uderzyło w nas gorące i duszne powietrze. Przez dobrą chwilę musiałam wyrównać oddech i przyzwyczaić się do nowych warunków, które z każdą sekundą zamieniały moją skórę w coś lepkiego.

Jasne jest, że będąc na wakacjach jest się traktowanym inaczej. Przede wszystkim za wszystko płaci się zdecydowanie więcej. Riviera Maya, czyli część Meksyku w której byliśmy, ceni się dosyć wysoko, ponieważ ceny były tylko około 15% niższe niż w Toronto. Wcześniej sprawdziłam jaki jest średni koszt za transportu z Cancun do Puerto Aventura, więc nie byliśmy zaskoczeni, kiedy usłyszeliśmy dosyć wysoką kwotę. Za dwa miejsca w busie zapłaciliśmy $140 w obie strony, gdzie dla porównania minimalna dzienne wynagrodzenie w Meksyku waha się granicach $7-8. Oznacza to, że kierowca, który nas wiózł do hotelu, teoretycznie, nie zarobił nawet 10% z tego co zapłaciliśmy. To jeszcze nic. Zdarzają się przypadki, gdzie ludzie nie dostają żadnego wynagrodzenia, a jedyny ich zarobek to napiwki. Dotyczy to najczęściej bagażowych i kierowców taksówek.

Wracając do naszych nieidealnie zaplanowanych wakacji. Podróż z lotniska do hotelu wniosła trochę niepokoju. Kierowca busa, do którego wchodziło 9 osób idealnie wiedział, gdzie znajdują się poszczególne hotele. Jak się okazało my zostaliśmy na końcu. Po wjeździe do Puerto Aventura, nagle bus zatrzymał się i padło w naszym kierunku pytanie jaki jest adres hotelu w którym mamy rezerwację. Mówimy adres i nic. Kierowca kompletnie nie wie gdzie to jest. Pokazujmy mu rezerwację z booking.com. Niestety to również nic nie zmieniło. Podjechaliśmy pod informację turystyczną i po krótkiej rozmowie kierowcy z panią z informacji skierowaliśmy się na prawie sam koniec miejscowości, do małego hotelu obok domków mieszkalnych. Kamień spadł nam z serca, ponieważ zaraz po wjeździe do Puerto Avetura czuliśmy, że jest to idealne miejsce na na kilkudniowe oderwanie od rzeczywistości. Rezerwując hotel wiedziałam jedynie, że jest on około dwóch kilometrów od miejsca w którym będzie ślub, nie jest drogi i ma 8.9/10 głosów na booking.com.

Po dotarciu z lotniska do hotelu była już godzina 16:00. Po szybkim prysznicu udaliśmy się na poszukiwanie jedzenia. Jak na turystów bez planu przystało, wybraliśmy się przed siebie. Musimy się przyznać, że przed przyjazdem do Puerto Aventura nie przeczytaliśmy, ani jednego zdania o tej miejscowości, nie mieliśmy prezentu ślubnego i byliśmy święcie przekonani, że spędzimy super czas w Meksyku. Jak się okazało Puerto Aventura jest całkowicie zamkniętym „miasteczkiem”, gdzie dostęp mają tylko turyści dla których przepustką jest kolor skóry (niestety), ludzie którzy pracują w hotelach oraz bogaci Meksykanie i ludzie z zza granicy, którzy kupili sobie tutaj domy i mieszkania.

Okolice naszego hotelu. Domy mieszkalne

Meksyk

I trochę zwierzątek, na widok których dostawałam palpitacji serca

Meksyk

Meksyk

Dzień pierwszy minął nam na snuciu się po okolicy, robieniu planów na kolejne dni i nic nie robieniu.

Plan na dzień drugi był podobny. Po zjedzeniu śniadania: tostitos z dżemem i kawy, wybraliśmy się na bieg w celu ogarnięcia hotelów all inclusive. Nie ma to jak bieg przy temperaturze 30′, odczuwalnej 41′ i przy 96% wilgotności powietrza, która sprawia, że organizm po prostu wariuje. Ludzie którzy mijali nas na ulicy patrzyli się na nas, delikatnie mówiąc, jak na idiotów. Kompletnie im się nie dziwiłam. Za każdym razem kiedy wbiegaliśmy do hotelu pytając się ile kosztuje jednodniowy pakiet all inclusive czułam się jak istota z innej planety. Po 30 minutach biegu wybraliśmy hotel w którym mieliśmy spędzić kolejne siedem godzin naszego nic nie robienia. Nigdy nie korzystałam z takich pakietów na jeden dzień. Były one podzielony na dwie pory dnia pierwsza od 10:00 do 18:00, druga od 18:00 do 2:00 w nocy. W przypadku pierwszego pakietu można było skorzystać z lunchu, alkoholu bez ograniczeń i mieć dostęp do wszystkich „atrakcji” na terenie hotelu. Drugi pakiet był podobny tylko obejmował kolację zamiast lunchu.Koszt jednego pakietu $120 na dwie osoby.

Meksyk

Meksyk

Dla Kosy było to pierwsze doświadczenie „all inclusive”, mało tego były to pierwsze wakacje z leżeniem na leżaku w ciepłym kraju. Do tej pory wybierał bardziej ekstremalne wypoczynki, czyli jeżdżenie na rowerze po Islandii, chodzenie na biegunie podbiegunowym i wspinaczki górskie. Nagle ja stałam się jego przewodnikiem po zupełnie innym świecie. Z radością muszę przyznać, że picie drinków na plaży, patrzenie się w horyzont i zupełne nic nie robienie przypadło mu do gustu! Sukces osiągnięty!

Na zdrowie!

Meksyk

Nie wiem czy jest to kwestia naszych polskich genów, ale postanowiliśmy wycisnąć z naszego pakietu jak najwięcej. Wiedzieliśmy, że hotel powinniśmy opuścić o godzinie 18:00. Sprawdziliśmy wszystkie restauracje hotelowe i okazało się, że jedna z nich jest czynna od godziny 17:30, czyli mieliśmy szansę na załapanie się na wczesną kolację. Byliśmy mocno zaskoczeni, kiedy po wejściu, nasze jednodniowe bransoletki zostały sprawdzone. Po zamówieniu naleśników opracowaliśmy plan jak przechytrzyć system. Stwierdziliśmy, że około godziny 18:00 spróbujemy wejść do restauracji w której jedliśmy lunch i skorzystamy z kolacji, która nie była wliczona w nasz „pakiet”. Po zjedzeniu naleśników, bardzo pewnym krokiem weszliśmy do drugiej restauracji, starając się ukrywać nasze bransoletki, czyli zawsze jedna ręka była mniej widoczna. Usiedliśmy do stolika i po otrzymaniu wody i wręczeniu napiwku wiedzieliśmy, że pozostaniemy trochę dłużej! Nagle, nasz kelner okazał się bardzo gościnny i zaczął przynosić nam różnego rodzaju tequile. Aż grzech było z tego nie skorzystać. Po kilku rundach stwierdziliśmy, że czas najwyższy oddalić się z miejsca zbrodni i dosyć chwiejnym krokiem udaliśmy się na plażę. Podziwiając zachód słońca wpadliśmy na pomysł, że najlepiej będzie zdjąć nasze bransoletki all inclusive, które i tak nie są ważne. Leżąc na leżakach, śmiejąc się z tego jacy jesteśmy sprytni, nawet nie zauważyliśmy, że kilka razy minął nas ochroniarz, który wnikliwie nas obserwował. Nie wiedząc kiedy zatrzymał się i zapytał bardzo słabym angielskim gdzie są nasze bransoletki. Wcześniej ustaliliśmy, że jak ktoś nas złapie, to będziemy udawać, że nie potrafimy mówić po angielsku, jedynie po francusku. Ku woli wyjaśnienia żadne z nas nie mówi w tym języku. Nie wiem jak to się stało, ale kiedy zostaliśmy złapani na gorącym uczynku nasz wcześniejszy plan legł w gruzach. Nagle Kosa zaczął odpowiadać płynnym angielskim, a ja próbowałam udawać, że nic nie rozumiem. Doskonale wiedzieliśmy o co chodzi, więc bez większych dyskusji oddaliliśmy się w kierunku wyjścia. Po opuszczeniu hotelu, przybiciu sobie piątki z okazji przechytrzenia systemu, szliśmy w kierunku naszego skromnego hotelu. Nagle Kosa zdał sobie sprawę, że chyba zostawiliśmy nasze dokumenty na recepcji. Na początku nie mogłam sobie przypomnieć, że w ogóle je zabraliśmy, ale chyba opcja wakacji all inclusive przyćmiła moją pamięć. Nie pozostało nam nic innego jak wrócić z podkulonym ogonem po dokumenty, które już na nas czekały. Niewiele mówiąc odebraliśmy co nasze i po raz drugi skierowaliśmy się do wyjścia. Warto było mieć dwie godziny więcej na plaży

Trzeciego dnia mieliśmy zaplanowaną wizytę w Cancun. Tym razem zdecydowaliśmy się ominąć busy, taksówki dla turystów i skorzystać z komunikacji miejskiej. Zanim jednak udaliśmy się na zwiedzanie, zasięgneliśmy języka w informacji turystycznej. Dowiedzieliśmy się, że najlepszym sposobem dojechania do Cancun jest wzięcie busa, pod wdzięczną nazwą colectivo, z Puerto Aventura do Playa del Carmen. Później wzięcie autobusu ADO bezpośrednio do Cancun. Łączny czas przejazdu dwoma autobusami w jedną stronę to lekko ponad 2 godziny. Koszt $9 na osobę, czyli można tanio podróżować? Można. Po dotarciu do Playa del Carmen postanowiliśmy, trochę, pokręcić się po okolicy. Dopiero teraz byliśmy w stanie zobaczyć jak wygląda prawdziwe meksykańskie miasto.

Meksyk

Meksyk

Meksyk

Meksyk

Mała drzemka, nie jest zła

Meksyk

Playa del Carmen zrobiło na nas pozytywne wrażenie. Przede wszystkim mieliśmy poczucie, że jest to w miarę bezpieczne miasto, nawet o północy, kiedy nasz powrót z Cancun lekko się opóźnił.

Wracając do Cancun, do którego dotarliśmy około godziny 15:00. Na początku musieliśmy ustalić jak spożytkować naszą małą ilość czasu. Kiedy rodzą się najlepsze pomysły? Przy piwie i przy czymś na ząb. Najlepiej meksykańskim!

Meksyk

Po zaspokojeniu głodu i dowiedzeniu się jak najlepiej poruszać się komunikacją miejską po Cancun udaliśmy się na autobus, żeby zobaczyć znany „cypel”, czyli Yucatan Peninsula. Niestety nie była to najlepsza decyzja, ponieważ znacznie oddaliliśmy się od miasta i trafiliśmy do strefy mocno turystycznej, gdzie w zupełności zostaliśmy pochłonięci przez poszukiwanie prezentu na ślub, który miał się odbyć następnego dnia.

Trochę nieturystycznego Cancun

Meksyk

Meksyk

Pranie też można zrobić

Meksyk
Nie skłamię jak powiem, że niewiele zobaczyliśmy prawdziwego Cancun. Złożyło się na to kilka rzeczy. Po pierwsze za mocne skupienie się na poszukiwaniu małego prezentu ślubnego, trochę lenistwo i ogólne zmęczenie upałem. Cancun opuściliśmy około godziny 22:00. Po godzinie 23:00 dotarliśmy do Playa del Carmen i stamtąd wzięliśmy colectivo do Puerto Aventura. Wszystko byłoby ładnie, pięknie gdyby nie małe „ale” na końcu naszej radosnej wycieczki. Wysiadając z colectivo zapłaciliśmy 30 pesos, czyli cenę za dwa bilety. Nagle padło w naszym kierunku pytanie ze strony kierowcy: hiszpański czy angielski? Odpowiedzieliśmy angielski. Kierowca, mówiąc do nas bardzo dobrym angielskim: „30 pesos płacą robotnicy, którzy jeżdżą do pracy. Turyści muszą zapłacić 50 pesos”…Hm, niby różnica niewielka, ale z drugiej strony nie zajęliśmy więcej miejsca, ani nie oddychaliśmy innym powietrzem. Mnie zatkało. Nie wiedziałam czy jest to dobry moment na wchodzenie w większe dyskusje. Nagle Kosa z pewnością siebie odpowiedział: „tyle zapłaciliśmy jadąc do Cancun i wiemy, że tyle kosztuje bilet. Na pewno nie zapłacimy więcej”. Kierowca zdębiał, ja też. Zamknęliśmy drzwi i w lekkim szoku udaliśmy się w kierunku naszego skromnego hotelu.

Dzień czwarty, to dzień w którym byliśmy gośćmi na naszym pierwszym meksykańskim weselu. Ilość wrażeń i zdjęć jest ogromna dlatego poświęcę na to osobny post.

Na pewno będziemy jeszcze chcieli kiedyś wrócić do Meksyku, ponieważ na samej Rivierze Maya jest mnóstwo rzeczy do zobaczenia, których nie da się obejrzeć w niecałe 4 dni. Nasze wakacje z domieszką „all inclusive” spisały się bardzo dobrze! Następnym razem będziemy jednak pamiętać o dokumentach;)

Written by

<p>Pieć lat temu postanowiłam zamknąć swoje, dosyć, poukładane życie w Polsce i przez rok pomieszkać w kraju który ludziom kojarzy się z zimnem, liściem klonowym i pięknymi krajobrazami. Moją przygodę z Kanadą rozpoczęłam w Edmonton, skąd po trzech tygodniach, przeniosłam się do Toronto, gdzie dalej mieszkam. Ciągle szukam nowych wrażeń i bodźców. Jestem uzależniona od podróżowania, fotografowania, a moja lista rzeczy do zrobienia rośnie z każdym dniem. Zapraszam do polubienia 6757km na facebooku i śledzenia co dzieje się w Kraju Klonowego Liścia. A dzieje się sporo! Monika</p>

Latest comments
  • miło nacieszyć oczy pięknymi zdjęciami,z niecierpliwością czekam na kolejny post 🙂

    • Wielkie dzięki Endżi. Nowy wpis jest w trakcie powstawania. Pozdrowienia!

  • wow! ipos i zdjęcia rewelacyjne. Czytając to czułam, że chociaż przez chwilę z Wami tam byłam. SUPER to opisujesz! Ściskam

    • Dzięki wielkie:) Mam nadzieję, że też poczułaś trochę tego gorąca i słońca:) Ściskam

  • Ja podobnie jak Kosa bardziej lubię aktywne wakacje i podobnie jak on pierwsze zetknięcie z wakacjami all inclusive miałam w Meksyku (około pół roku temu) i muszę przyznać, że też mi się całkiem spodobała ta forma wypoczynku :D. Fotki super i już się nie mogę doczekać kolejnego wpisu i zdjęć ze ślubu :). Buzka

    • Na początku bałam się, że ta forma wakacji kompletnie nie przypadnie mu do gustu. Na szczęście stało się inaczej i już na moim radarze jest Kuba;p Nowy wpis jest w trakcie pisania:) Ściskam

  • Fajna wycieczka! Jeżeli pojedziesz na Kubę-a warto-na pewno ją polubisz, zwykle mi się ‚przegrzewa’ aparat fotograficzny, gdy tam jestem.

    • Już nie mogę się doczekać jak mój aparat będzie się przegrzewał na Kubie:) Mam nadzieję, ze nastąpi to jeszcze w tym roku. Pozdrowienia!

LEAVE A COMMENT

%d bloggers like this: