KANADYJSKIE LIFESTORY
 

Pasy zapięte? Canada’s Wonderland!

Dwa dni temu skończył się długi weekend po którym zostały jedynie miłe wspomnienia, a wczorajszy, pierwszy dzień w pracy sprowadził nas szybko na ziemię i pokazał jak brutalna jest rzeczywistość. Przedłużone wolne było z okazji Civic Holiday. Ot takie kolejne „święto” Kanadyjczyków. Nie żebym jakoś narzekała! My postaraliśmy się wycisnąć wszystkie soki z czterech dni wolnego. Ostatnie dwa dni spędziliśmy w przyczepie kempingowej, gdzie bardzo szybko można odciąć się od wszystkiego. Przez ten czas zdążyliśmy mieć ognisko, zaliczyliśmy podwójne bieganie po plaży, trzy gry w badmintona, niestety każda z nich skończyła się dla mnie porażką. Dalej mam lekką traumę, bo stawka była naprawdę wysoka! Gdybym wygrała, miałabym darmową wizytę u fryzjera. Jak widać dla Kosy też była ona dosyć wysoka, dlatego się zawziął i wygrał trzy razy pod rząd. No trudno, powoli mu wybaczam. No, ale nie o tym chciałam pisać.

Długi weekendy rozpoczęliśmy od 10 godzinnej wizyty w Canada’s Wonderland, czyli mega ogromnym parku rozrywki. Jak dla mnie była to pierwsza w życiu przygoda z takim miejscem. Do tej pory moje doświadczenia życiowe obejmowały karuzele łańcuchowe, kolejki górskie wysokie na 15 metrów i inne urządzenia, który przyjeżdżały do każdego miasta w Polsce na 14 dni, były zardzewiałe, dla niepoznaki pokryte kilkoma warstwami kolorowej farby i pamiętały czasy wujka Gierka. Dla mnie, jako dla dzieciaka, zawsze była to wielka atrakcja i okazja, żeby raz na rok poczuć zastrzyk adrenaliny, a że byłam mała, to nie potrzebowałam wiele do szczęścia.

Piątek, przed długim weekendem, był idealnym dniem na wizytę w Wonderland. Dodatkowo dosyć kapryśna pogoda, czasem słońce, czasem deszcz, spowodowała, że niewiele osób zdecydowało się na to samo co my. Dzięki temu w 10 godzin, obskoczyliśmy trzydzieści różnego rodzaju atrakcji. Trudno będzie opisać każdą z nich.

Naszą przygodę rozpoczęliśmy od Leviathan, czyli jednego z największych rollercoasterów na świecie. A co jak spadać, to od razu z wysokiego byka! Przejażdżka trwała niecałe 4 minuty i najszybsza prędkość z którą mknął to 148 km/h. Najwyższy punkt ma bagatela 93.27 m., o nachyleniu 80′. Od tego właśnie punktu zaczęła się cała przygoda, najgłośniejszy krzyk w moim życiu i przekleństwa, których nie jestem w stanie powtórzyć. Na moje szczęście niewiele osób było w stanie zrozumieć moją soczystą, polską mowę, przynajmniej mam taką cichą nadzieję.

No to jedziemy!

Canada's Wonderland

To filmik z pierwszej jazdy Leviathan, wklejam, żeby chociaż trochę oddać moje emocje

Moja pierwsza przejażdżka na Leviathan skończyła się „lekko” trzęsącymi nogami, wiedziałam jednak, że najgorsze mam już za sobą i kolejne atrakcje to bułka z masłem…Po Leviathan postanowiliśmy się rozluźnić na Drop Tower, czyli wieży na której można poczuć swobodny spadek. Krzesełka wciągane są na wysokość 70m, phi! i spadają z prędkością 100km/h. Dajcie mi coś większego! Z uśmiechem na twarzy i lekko pewniejszym krokiem ruszyłam dalej.

Traumatyczną przygodę przeżyłam na Skyrider, czyli rollercoasterze na którym się stoi. Nie było to najwyższa czy najszybsza przejażdżka, problem polegał na tym, że przez 1,5 minuty, moja głowa uderzana była o zapięcie z metalu, które pokryte było gąbką. W żaden sposób nie byłam w stanie nad tym zapanować, a ból szczęki odczuwałam przez kolejne dwa dni.

Canada’s Wonderland zostawił na moim ciele więcej pamiątek. Jak na damę przystało, mam dwa wielkie siniaki na prawej i lewej nodze, to taka mała pamiątka po Time Warp, czyli rollercoasterze w którym się leży. Czego to ludzie nie wymyślą. Bogatsza o ból szczęki i dwa siniaki dalej dzielnie maszerowałam za Kosą w poszukiwaniu mrożących krew w żyłach atrakcji. W głębi ducha wiedziałam jednak, że najgorsze mam już za sobą. Doszłam nawet do etapu, gdzie na mniejszych rollercosterach podnosiłam ręce do góry! Byłam naprawdę z siebie dumna.

Po kilku godzinach szukania szczęścia udaliśmy się na zasłużony obiad. Miałam pewne obawy czy jest to dobry pomysł, no bo przecież zaraz po nim idziemy na kolejne zjazdy i podjazdy. Głód jednak wygrał, skusiłam się nawet na piwo. Doszłam do szybkiego wniosku, że po małej dawce alkoholu taka jazda będzie mogła być nawet przyjemniejsza. Za chwilę przekonałam się, że był to strzał w 10, bo Pani sprzedająca piwo jeszcze bardziej umiliła mi dzień: zapytała się o mój dowód osobisty! Jak zawsze w takich sytuacjach robię zaskoczoną minę, a w środku moje serce pęka z radości. Z dumą wyciągnęłam dowód i pokazałam, że 18 lat to ja już dawno skończyłam. Dosłownie kilka minut później Kosa zauważył napis, który mówił, że mogą poprosić o dowody osobiste osoby, które mogą wyglądać na 30 lat lub mniej. No i czar prysł…

Canada's Wonderland

Canada's Wonderland

Po obiedzie wypadało pójść na coś spokojniejszego. Udaliśmy się, więc na WindSeeker, czyli przerośniętą karuzelę łańcuchową, wysoką na 99,72 cm., wirowała ona z prędkością 50km/h. Wszystko wyglądało ładnie dopóki nie spojrzałam się na krzesełka przede mną. Dopiero wtedy, mając punkt odniesienia, czułam prędkość, wysokość i miałam dziwne wrażenie, że ta karuzela łańcuchowa wygląda jak mały koszmarek. Niestety nie mam żadnego własnego zdjęcia, bo jeszcze na tyle lubię mój telefon, że nie chcę go zrzucić go z wysokości 100m. Na szczęście wszystko jest na You Tube:

Pod koniec dnia ilość ludzi w parku była tak mała, że mogliśmy nie wychodzić z rollercoastera i pojechać kolejny raz. W ten właśnie sposób potraktowaliśmy Leviathan, czyli czym się strułeś, tym się lecz. Muszę jednak przyznać, że jak dla mnie było to za wiele, po drugim razie miałam ogromną ochotę skierować się do wyjścia. Dałam się jednak namówić na trzeci raz, a pod koniec jazdy podniosłam nawet ręce!

Nie jestem w stanie opisać wszystkich kolejek, kolejeczek i karuzeli. Jedno jest pewne, że $90 wydane na 2 bilety było tego warte. Spędziliśmy cały dzień w miejscu, gdzie przez 10 godzin z wielkimi oczami biegaliśmy wyglądając coraz to nowych, lepszych atrakcji. Postanowiliśmy nawet, że za rok kupimy sobie bilet na cały sezon, który kosztuje $90 na osobę. Wtedy o każdej porze dnia będziemy mogli wpaść, przejechać się kilka razy na Leviathan i jak nigdy nic wrócić do codziennych obowiązków.

Written by

Osiem lat temu postanowiłam zamknąć swoje, dosyć, poukładane życie w Polsce i przez rok pomieszkać w kraju który ludziom kojarzy się z zimnem, liściem klonowym i pięknymi krajobrazami. Moją przygodę z Kanadą rozpoczęłam w Edmonton, skąd po trzech tygodniach, przeniosłam się do Toronto, gdzie dalej mieszkam. Ciągle szukam nowych wrażeń i bodźców. Jestem uzależniona od podróżowania, fotografowania, a moja lista rzeczy do zrobienia rośnie z każdym dniem. Zapraszam do polubienia 6757km na facebooku i śledzenia co dzieje się w Kraju Klonowego Liścia. A dzieje się sporo! Monika

Latest comments
  • No! Robi wrazenie.Od samego patrzenia kreci sie czlowiekowi w glowie!!

    • Na zywo jest jeszcze wiecej efektow ubocznych:)

  • Pamiętam że mi nawet od osiedlowej karuzeli robiło się niedobrze przez pół dnia chodziłem z żołądkiem w gardle :/ blleeee 😛

    • Dokladnie, male rzeczy a cieszyly…albo przyprawialy o bol zoladka:)

LEAVE A COMMENT

%d bloggers like this: