KANADYJSKIE LIFESTORY
 

Whisky, wieloryby i śpiew – St. John’s

Sponsorem naszej wycieczki do St. John’s w Nowej Fundlandii zostały linie lotnicze Porter. Darmowe bilety dostaliśmy w marcu, kiedy wracając z Quebecu okazało się, że firma obsługująca prom kursujący pomiędzy lotniskiem na wyspie, a stałym lądem zrobiła sobie 1,5h strajk. Nie wiedzieliśmy oczywiście ile on może potrwać, bo tak naprawdę mogliśmy utknąć na niej przez kilkanaście godzin.
Na szczęscie nie trwało to długo, a my dostaliśmy miły prezent w postaci dwóch biletów o łącznej wartości $ 1 400. Od tamtej pory Porter został moimi ulubionymi liniami lotniczymi i trzymam mocno kciuki za kolejny strajk załogi promu w czasie kolejnego lotu!

St. John’s wybraliśmy z dwóch powodów: jest to najbardziej odległe miejsce od Toronto do którego lata Porter, po drugie chcieliśmy się trochę oderwać od miasta. Nowa Fundlandia i Labrador są do tego idealnym miejscem. Niestety lot nie należy do najkrótszych. Łącznie spędziliśmy około pięciu godzin na pokładzie samolotu. Do tego 3 startowania, 3 lądowania i 2 miasta postojowe: Ottawa i Halifax. Na szczęście nie musieliśmy opuszczać samolotu za każdym razem, więc czuliśmy się trochę jak pasażerowie autobusu.

Po dotarciu do St. John’s w piątek o godzinie 16:00 zostały nam dokładnie 2 dni na bycie turystami. Zaczęliśmy więc gorączkowo planować co chcemy robić i zobaczyć. Po otwarciu walizek w naszym bed & breakfast, szybkim prysznicu udaliśmy się na „miasto”. Celem było ogólne rozejrzenie się, zjedzenie obiadu i zrobienie planu zwiedzania. Pierwsze widoki, które zrobiły na nas wrażenie to kolorowe domki, które jak się później okazało nie wzięły się z nikąd. Są one efektem pożaru, który nawiedził St. John’s na początku XX wieku. Po pożarze mieszkańcy miasta zaczęli budować proste, szeregowe domy, które malowali w kolorach łódek, które posiadali, ponieważ duża część marynarzy była w tym czasie na oceanie. Dzięki kolorowym domom mogli odnaleźć swoją rodzinę.

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

Drugą rzeczą, która nas zadziwiła i zrobiła ogromne wrażenie to byli kierowcy, którzy przepuszczali nas na ulicy nawet jak nie było w danym miejscu przejścia dla pieszych. Doszło do tego, że jeden motocyklista zapytał się nas miło: czy mamy zamiar przychodzić przez ulicę? Ja byłam w ciężkim szoku. Między bogiem, a prawdą chodziliśmy trochę jak w amoku. Wiadomo człowiek wyrwał się na krótki weekend. Chce się nachapać widoków i narobić zdjęć. Do tego chodzenie po St. John’s nie należało do łatwych, co chwila góra, dół, góra, dół…

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

Przez cały piątek nie zauważyliśmy też żadnej osoby na rowerze. Jasne było, że powodem tego może być położenie St. John’s, ale o tym przekonaliśmy się na własnej skórze. W sobotę wstaliśmy z samego rana, żeby mieć długi dzień. Postanowiliśmy wypożyczyć rowery. W mieście działała tylko jedna wypożyczalnia. Jako monopoliści zaśpiewali dosyć wysoką cenę. Nie będę pisała jaką, bo nie chcę przywoływać w sobie drastycznych wspomnień. My jednak jako dziarscy turyści nie zostaliśmy zrażeni. Stwierdziliśmy, że to będzie wspaniały sposób na obejrzenie miasta. Dodatkowo chcieliśmy wjechać na rowerach na wzgórze zwane Signal Hill…w tym dniu byliśmy wielkimi optymistami!

Wypożyczalnia znajdowała się na wzgórzu, więc pierwsze 5 minut jazdy było bajeczne. Wiatr we włosach, uśmiech na twarzy to jest to! Fakt, że tubylcy patrzyli się na nas trochę dziwnie, ale my nic sobie z tego nie robiliśmy. Dojechaliśmy pod Signal Hill i widząc wzgórze stwierdziliśmy, że chyba będzie lepiej jak się tam przejdziemy. Nasza przechadzka zajęła nam około dwóch godzin, ale była tego warta. Widok na Ocean Atlantycki był jak z widokówek

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

Poniżej widać Cape Spear, czyli najdalej wysunięty na wschód przylądek Kanady, niektórzy też twierdzą, że jest to najbardziej wysunięty przylądek Ameryki Północnej.

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

Widok na St. John’s

W 1901 na Signal Hill został po raz pierwszy odebrany sygnał morsa, który nadany został w Cornwall w Anglii.

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

Po zejściu z Signal Hill zostały nam dwie godziny z rowerami. Biegliśmy do nich z wielką radością. Jak się później okazało z taką samą radością oddawaliśmy je z powrotem. Jazda pod górkę, w pełnym słońcu okazała się dla nas „lekko” męcząca. Na przerzutce 1 x 1 pedałowaliśmy jak szaleni stojąc praktycznie w miejscu. Teraz już doskonale rozumieliśmy brak rowerzystów.

Ostatnim punktem naszej wycieczki był dwugodzinny rejs statkiem po Oceanie Atlantyckim w celu zobaczenia gór lodowych i wielorybów. Przez pierwsze pół godziny nie widzieliśmy nic. Ja już pogodziłam się z myślą, że nie będę miała National Geographic na żywo. Kiedy nagle na naszej łódce podniosła się wrzawa: wieloryb! Wszyscy chwycili aparaty w ręcę i śledzili z zapartym tchem ogromnego wieloryba lub panią wieloryb.

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

St. John's Nowa Fundlandia i Labrador

Zdjęcia nawet w jednym procencie nie oddają widoku na żywo. Po dwudziestu minutach biegania z apratem i wypatrywania kolejnych ssaków wodnych postanowiliśmy napić się czegoś mocniejszego. Nikt chyba nie widział jeszcze trzeźwego marynarza. Kolejny raz wyszli z nas turyści, ponieważ zapisaliśmy się na nowofundlandzkie chrzciny, zwane Screetchers. Zasady były proste: trzeba wymówić zdanie nie do wymówienia i pić whisky do momentu, aż będzie się najbliżej ideału. Dla mnie było to bardziej skomplikowane, bo w tym bełkocie rozumiałam może dwa słowa, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że chyba właśnie o to chodzi w tej zabawie, żeby po prostu się napić. Rejs statkiem zakończyliśmy lekko tanecznym krokiem, udając się na ulicę George, która ma najwięcej pubów i barów w Kanadzie. Natomiast niedzielny poranek powitaliśmy z lekko wirującym sufitem nad głową i przebiegającą myślą przez głowę: wody!
Niestety nasza wizyta w St. John’s dobiegała końca. Żałowaliśmy, że zdecydowaliśmy się jedynie na przedłużony weekend. Jednak prawda jest taka, że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Ahoj!

Written by

Pieć lat temu postanowiłam zamknąć swoje, dosyć, poukładane życie w Polsce i przez rok pomieszkać w kraju który ludziom kojarzy się z zimnem, liściem klonowym i pięknymi krajobrazami. Moją przygodę z Kanadą rozpoczęłam w Edmonton, skąd po trzech tygodniach, przeniosłam się do Toronto, gdzie dalej mieszkam. Ciągle szukam nowych wrażeń i bodźców. Jestem uzależniona od podróżowania, fotografowania, a moja lista rzeczy do zrobienia rośnie z każdym dniem. Zapraszam do polubienia 6757km na facebooku i śledzenia co dzieje się w Kraju Klonowego Liścia. A dzieje się sporo! Monika

Latest comments
  • Bardzo fajny wpis – ale gdzie zdjecie ze Screetczowania? 🙂

    • Nie bylo czasu na robienie zdjec, bo rum moglby uciec!

  • 2 dni na Nowa Fundlandie? 2 miesiace nie wystarcza. Screeching to jest wypowiedz formule, pocaluj dorsza i wypij szklanke Screech, New Foundlandski rum, nie whiskey.

    • Witaj Piotr. Dwa dni tylko na St.John’s, a nie na całą Nową Fundlandię, to znaczna różnica. Chociaż prawda jest taka, że jakby chciało się zwiedzić całą prowincję to trzeba byłoby poświęcić z miesiąc czasu. Co do Screech zgadzam się z Tobą, mój błąd. Po kilku głębszych nie ma jednak większej różnicy czy to whisky czy rum. Pozdrawiam

LEAVE A COMMENT

%d bloggers like this: