KANADYJSKIE LIFESTORY

Lubię pierwsze razy, wtedy mam poczucie, że jeszcze tyle rzeczy jest do zobaczenia, zrobienia i czuję się trochę jak dziecko, które chłonie to co je otacza. Jaki był tym razem mój pierwszy raz? Byłam na nagraniu płyty: na żywo. Kogo?
Ian’a Sherwood.

Pewnie robicie wielkie oczy, kto to taki? Wcale Wam się nie dziwię, bo Ian jest bardziej kanadyjską „gwiazdą”, jeżeli tak to można nazwać. Nie  jest „wielkim” Justinem Bieberem (tak, tak on też jest z Kanady), którego zna cały świat, ale gra od niego zdecydowanie lepiej! Nagranie na żywo było takim mini koncertem, trwającym  około trzech godzin. Gdyby nie double niektórych utworów i nagrywanie, kilka razy, oklasków, to nawet nie przeszłoby mi przez głowę, że jest to nagranie płyty na żywo.

Szczerze mówiąc byłam nawet zadowolona, że coś jeszcze trzeba powtórzyć. Mogłabym tam spędzić jeszcze kolejne trzy godziny, było tak miło. Lubię patrzeć na ludzi, którzy robią coś całym sobą, mają do tego pasję. Taki właśnie jest Ian, jak się patrzy na niego, jego grę na gitarze i saksofonie, to widać  jaką ma z tego frajdę. Momentami brała mnie zazdrość, że odnalazł swoją drogę w życiu. Myślę pod tym kątem, bo w moim przypadku jestem trochę na etapie co dalej z moją „karierą” zawodową, jaki kierunek obrać. To uczucie miałam w momencie zakończenia liceum, kiedy trzeba było podjąć decyzję na jaki kierunek studiów iść. Jak się później okazało wiele w życiu zależy od przypadku i ludzi których się spotyka na swojej drodze. Nie zawsze jesteśmy w stanie wszystko zaplanować. Myślę, że jest to nawet dobre. Ocena tego jest, jednak,  możliwa dopiero z czasem. Ale dosyć bajdurzenia. Wracając do gwoździa wpisu.

Ian gra muzykę, która w Kanadzie jest bardzo popularna, czyli country – folk z domieszką jazzu (niezły mix). Słysząc słowo country pewnie, od razu, oczami wyobraźni widzicie faceta w jeansach, kowbojskich butach, kapeluszu (też kowbojskim) i koszuli w kratkę, który dziwnie moduluje głos i wygląda jakby szukał swojej krowy. Na szczęście tak nie jest. Ian jest normalnym facetem jakich wielu na ulicy.

Pierwszą jego piosenkę usłyszałam, oczywiście, w Kanadzie. Było to Foolin YouPoznałam również okoliczności w których została ona napisana: Ian postanowił się oświadczyć swojej dziewczynie, która mieszkała 2 000 km od niego. Szykował się, przeżywał, kupił pierścionek. Pojechał i usłyszał NIE. Musiało boleć, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo tym samy powstała naprawdę dobra piosenka. Mam nadzieję, że niczego nie przekręciłam, a jeżeli nawet to on i tak nie przeczyta mojego bloga:)

Poniżej wklejam link do profilu Iana na myspace – można sobie w wolnej chwili posłuchać: Ian do Posłuchania.

P.S.  Robiąc ten wpis słuchałam Iana, dalej słucham:) Aha, nie zostałam jego menagerką i nie chcę sprzedawać jego płyt w Polsce!  To na wypadek, gdyby ktoś pomyślał dlaczego tak zachwalam…;)

Written by

Osiem lat temu postanowiłam zamknąć swoje, dosyć, poukładane życie w Polsce i przez rok pomieszkać w kraju który ludziom kojarzy się z zimnem, liściem klonowym i pięknymi krajobrazami. Moją przygodę z Kanadą rozpoczęłam w Edmonton, skąd po trzech tygodniach, przeniosłam się do Toronto, gdzie dalej mieszkam. Ciągle szukam nowych wrażeń i bodźców. Jestem uzależniona od podróżowania, fotografowania, a moja lista rzeczy do zrobienia rośnie z każdym dniem. Zapraszam do polubienia 6757km na facebooku i śledzenia co dzieje się w Kraju Klonowego Liścia. A dzieje się sporo! Monika

No comments

LEAVE A COMMENT

%d bloggers like this: